Polna, 1917 r.
Powiadają, że od trzeciego roku życia mieszkałem w browarze w Polnej, gdzie matka przeniosła się z mym ojczymem. […] Nie lubiłem mieszkać w służbowym mieszkaniu, wolałem przebywać na dworze, bo mieszkanie było pogrążone w głębokim cieniu. […] Nie lubiłem fotografować się. W kocu, po płaczu przerastającym w histerię, nadworny fotograf fotografował mnie zapłakanego przed drzwiami, babcia najpierw trzymała mnie pod pachą lub na progu, dopóki nie przestałem płakać. Wydawało mi się, że soczewka aparatu mnie zastrzeli.
Kiedy zacząłem chodzić, wyniosłem na podwórko szklany wazon, babcia wybiegła do ogrodu i gdy już, już wyciągnęła ręce, by uratować naczynie, upuściłem je na cement, na którym się rozbiło, a ja byłem, jak pamiętam uszczęśliwiony. Ten epizod to pierwsza scena, o której chętnie myślę, to moje pierwsze wspomnienie. […]
Z polnej z mieszkania pamiętam tylko głęboki półmrok kuchni i pokoju, ciemny korytarz. Kiedy świeciło słońce, to przez okna widać było jaskrawo oświetlone podwórze browaru, przez oszklone drzwi z kuchni migotało skądś światło tak, że aż oślepiało, po południu w półmroku korytarza jaśniało okno nad drzwiami, w rezultacie rezultacie w tym mieszkaniu nieustannie chodziłem po omacku, macałem ręką ściany, by odetchnąć dopiero po wyjściu na dwór. Mam wrażenie, że stale paliło się tam światło. [Pamiętam jedynie dni słoneczne, 1998 r. ]