Nymburk, początek lat 20.

 

W browarze nymburskim nie było pod tym względem lepiej, kuchnia i pokój wychodziły na północ i znów, gdy na dworze świeciło słońce, to tu panowała głęboka ciemność. Poza tym były jeszcze dwa pokoje wychodzące na południe, na ogród, tam było pięknie, ale - nie wiem dlaczego - w nich się nie mieszkało, tylko wciąż w kuchni. Jeden z południowych pokojów był stale zamknięty. Nie było w nim mebli, ten pokój, kiedy po kryjomu otworzyłem lub zajrzałem przez dziurkę od klucza, był wciąż pusty. Chyba przez cały czas, gdy chodziłem do szkoły powszechnej, stał pusty. Ten pokój przerażał mnie, choć był zamknięty. […] Najbardziej lubiłem przebywać w kuchni, gdzie był wielki kaflowy piec, na którym stale syczały ogromne garnki z wodą.