Słodycze – gorzki smak radości Tort na urodziny, babka na święta, cukierek w nagrodę, ciasteczko na pocieszenie, bombonierka z podziękowaniami, z przeprosinami, haribo zamiast seksu, snikers zamiast obiadu, bounty zamiast raju... Obserwując naszą kulturę słodycze wydają się być panaceum na wszystko, doskonale wpisują się w każdą życiową sytuację. Pożądane – kuszą zza szyb wystawowych, na półkach sklepowych, w reklamach, czasopismach, książkach kucharskich. Jeszcze nie zjedzone już dostarczają intensywnej rozkoszy, wprawiają w euforię, uspokajają, koją ból, rozluźniają, Po prostu otwierają bramy Arkadii,. Samo przywołanie obrazów ulubionych słodyczy, które przecież każdy z nas przechowuje w pamięci, potrafi mieć zbawienny wpływ na nasze samopoczucie. Może być zbawienne, to prawda, ale ile razy staje się także przyczyną wykańczających frustracji...
Obraz pierwszy Hit dzieciństwa – niewielkie wałeczki w cudownie różowym kolorze (istniała też mniej popularna wersja brązowa), kupowane w niewielkich prywatnych, warzywno-spożywczych sklepikach, ni to cukierki, ni batoniki, ani twarde, ani miękkie, przypominające nieco plastelinę, niewiarygodnie słodkie, będące właściwie słodyczą w postaci czystej. Do dziś zastanawiam się nad ich nazwą - kokoski. Skąd się wzięła? Z obtaczającego wałeczek cukru, który może w latach świetniejszej przeszłości rzeczywiście był kokosem? Kokoski, zwane tez niekiedy kokosankami, znajdowały się w moim prywatnym rankingu nawet nad landrynami, aczkolwiek widok tych ostatnich w wielkim szklanym słoju stojącym dumnie na ladzie sklepowej, był naprawdę spektakularny. Prawdziwe różnobarwne bryłki szlachetnych kruszców. Słodycze dzieciństwa jawią się jako skarby – trudno dostępne, a tak pożądane. Wszystkie dzieci, niczym król Midas o złocie, marzą o świecie z cukru. Może dlatego między innymi tak popularne są słodycze o kształtach wziętych z otaczającej rzeczywistości – ptaszki, misie, wozy strażackie, lalki? Półki sklepowe i lady cukiernicze przepełnione towarem, zdające się kipieć nim, obiecują zaspokojenie największych nawet apetytów. A najnowsza moda w fotografowaniu jedzenia operująca maksymalnymi zbliżeniami daje złudzenie posiadania tych wszystkich pyszności na wyciągnięcie ręki. Słodki świat, podobnie jak dziecinny pokój, daleki jest od szarej codzienności, mieni się bajecznymi, czystymi kolorami - błękitem, zielenią, czerwienią, żółcią i przede wszystkim różem. Jest nie tylko smaczny, ale i piękny, dawać ma wieczną radość i poczucie bezpieczeństwa.
Obraz drugi Ciepłe światło świec i lampek choinkowych migoce i odbija się w filiżankach, talerzach, bańkach, ślizga się po czekoladowej polewie piernika rozsiewającego wokół upojny zapach korzeni i miodu. Aż się w głowie kręciło, ale to nie piernik a pokryty białym lukrem makowiec jest dla mnie pigułką pamięci świąt z dzieciństwa. Ciasto jedyne w swoim rodzaju, babcina specjalność, którego jedzenie było prawdziwym rytuałem. Kiedy już kawałek tego przysmaku znalazł się na talerzu powoli odłamywałam lukier, zawsze cytrynowy, cudownie odświeżający pomimo słodyczy. Następnie przychodziła kolej na odgryzanie kolejnych partii ciasta – od zewnętrznych, koliście aż do samego środka; najpierw przypieczonych z jednej strony, później już obustronnie oblepionych makiem. Jedzenie makowca, śmiech, rozmowy, ciepło, podobnie jak uderzenie chłodu po wyjściu od babci, gdy w rękach trzymało się ostrożnie szczelnie zapakowaną „przydziałową” porcję ciasta, to wywołujące nostalgiczny uśmiech wspomnienia dawnych świąt. Producenci produktów spożywczych zauważają ogólną niechęć do innowacji okołoświątecznych i konsekwentnie wypuszczają na rynek kopie d omowych tradycyjnych wypieków i świątecznych specjałów Nie zmieniają się wcale lub niewiele ani potrawy, ani sposób ich dekorowania i podawania. Ciekawe, że w przypadku świątecznych tradycji słabo przyjmują się spektakularne nowości, tak mile widziane chociażby w przypadku przyjęć weselnych. Czyżby to w niezmienności ikonografii świątecznej przechowywana była nasza tożsamość?
Obraz trzeci Prostopadłościan ptasiego mleczka w czekoladzie gwałtownie rozgryzany, cienka warstwa twardej czekolady pęka gwałtownie jak kra, zęby zatapiają się w lekkiej piance. Kiedy indziej czekoladowe tafle odrywane metodycznie zębami aż ukaże się nagie żółte wnętrze. I zawsze ten niepokój, czy poczuję znany „cytrynowy” smak, który z cytryną może nie ma nic wspólnego, ale ze wspomnieniami wiele, czy w ustach rozpanoszy się nieznośnie mdły „waniliowy”. Ileż razy każdy z nas czuł rozdygotane emocje związane z ukrytą tajemnicą, podniecenie i lęk towarzyszące odkrywaniu wnętrza, często kończące się zaskoczeniem eksplodującym niekontrolowaną reakcją – krzykiem przerażenia, piskiem rozradowania, westchnięciem podziwu. Jak w czasie występów magika lub kuglarza. Raz bliższym plebejskiemu jarmarkowi, kiedy indziej wyrafinowanym dworskim spektaklom iluzjonistycznym. Dziewczyna wyskakująca z toru, domek z piernika, kiełbaska okazująca się być marcepanem, strzelająca czekolada – cała gama zadziwień i zachwytów umiejętnie wyrywających nas z opresji nudy
Obraz czwarty Niewielka kulista czekoladka, o intensywnie brązowej barwie podkreślonej złotym wnętrzem pudełka, w którym leżała. Niesiona do ust rozsiewa upojną woń, zapowiedź przyszłych rozkoszy. Pod wpływem ciepła ciała zaczyna się rozpuszczać, już w palcach, następnie coraz intensywniej na wargach, języku dając uczucie aksamitnej gładkości. Upojenie wyraźnym, a jednocześnie łagodnym i zharmonizowanym smakiem. Umysł i ciało ogarnia przyjemna błogość, oczy same się przymykają. Wydaje się, że osiągnięty został stan najwyższej przyjemności i właśnie w tym momencie usta zalewa wypływająca ze środka czekoladki gęsta masa, jeszcze gładsza, jeszcze słodsza, której słodkość w przyjemny sposób kontrapunktowana jest dodatkiem alkoholu. Ekstaza zbliżona do seksualnej, w obliczu obu nie sposób zachować zimną krew. Podobne odczucia, podobne reakcje, podobna chemia.
Obraz piąty Wzrok utkwiony w monitorze komputera, palce sporadycznie wystukują kombinacje liter na klawiaturze, pieczenie oczu, chaos myśli, ręka systematycznie wędruje w kierunku tabliczki czekolady, kostki znikają jedna po drugiej. Czuję, aczkolwiek nieuważnie, przyjemny smak w ustach, monotonia obowiązków zostaje na moment zneutralizowana. Im bliżej końca, tym większe znudzenie smakiem zjadanego smakołyku. Myśli już nerwowo krążą wokół nowej przekąski. Cukierek? Kanapka? Czipsy? Ciasteczka? Może kawałek tortu? Żołądek wysyła informacje, że więcej nie przyjmie, uczucie kipiącej słodkości mdli coraz bardziej, uaktywnia się przytłumiony chwilowo niepokój spowodowany naglącymi terminami ukończenia pracy, w głowie pustka, znużenie, złość, wyrzuty sumienia, obrzydzenie. Może więc kolejna dawka słodkiego trankwilizatora, a może lepiej odpowiedzieć sobie na pytanie jak daleko jeszcze do zaniedbanej kobiety siedzącej samotnie w domu pośród opróżnionych opakowań po rozmaitym jedzeniu, z przeważającą obecnością słodyczy i pochłaniającej lody z olbrzymiego kubełka – uosobienia ofiary działań kompensatywnych świadomie bądź nieświadomie „zajadającej” spotykające ją niepowodzenia i nie zważającej na zagrożenia z tym związane. I pomyśleć, że dla człowieka pierwotnego słodki smak był przede wszystkim uspokajającą informacją, że może jeść bezpiecznie nieznane owoce. Fotografie ilustrujące tekst są jedynie luźnymi skojarzeniami z przywoływanymi przeze mnie obrazami, które nigdy nie zostały zarejestrowane i istnieją tylko w mojej pamięci przemieszanej z wyobraźnią.
|