Antoni Szoska

 

...a co na to żona?

Zacznę od cytatu, który patronuje mojej artystycznej wypowiedzi. Otóż rozważając stosunki intymne w małżeństwie Georg Simmel pisze co następuje:

"W małżeństwie i podobnych mu wolnych związkach istnieje przemożna pokusa, aby w pierwszym okresie wchłonąć się nawzajem całkowicie, aby odsłoniwszy przed partnerem wszystkie tajniki ciała odsłonić przed nim także tajniki duszy, zatracić się bez reszty w drugiej osobie. Takie postępowanie jednak każe przeważnie obawiać się o przyszłość związku. Tylko ci ludzie mogą bez obaw oddać się całkowicie, którzy się całkiem oddać w ogóle nie mogą, gdyż bogactwo ich psychiki polega na ciągłym dynamicznym rozwoju, który natychmiast nadrabia poniesione ofiary przyrostem wciąż nowych skarbów duchowych./.../ Owocna głębia stosunków, która pozwala za każdym ostatecznym wyznaniem domyślać się i szanować coś jeszcze bardziej ostatecznego a nie wyznanego, która podnieca do codziennego zdobywania na nowo pewnych już zdobyczy, stanowi nagrodę za delikatność i zdolność do opanowania się, która nawet w najściślejszym, pochłaniającym całą osobowość stosunku szanuje sferę prywatnej własności duchowej wewnętrznej, która każe ograniczyć prawo zadawania pytań prawem do zachowania tajemnicy." (Georg Simmel-"Socjologia")

Związek performance z życiem prywatnym artysty.

Ująłbym to tak: od paru już lat uprawiam sztukę performance i zgadzam się w pełni z autokrytyką tej formy sztuki dokonaną przez Zbigniewa Warpechowskiego (znanego polskiego performera), który w zapędzie polemicznym stwierdza, że performance, uwzględniwszy jego ścisły związek z życiem artysty, może być czasami całkiem nieudanym, czymś w rodzaju przygotowania sobie własnej klęski, po której niemniej z powrotem podnosimy się z upadku gdyż inaczej przestalibyśmy być artystami. Również jako doświadczony praktyk stwierdza on, że performance być może wcale nie jest sztuką a jakąś jeszcze inną formą wyrazu. W każdym razie jako sztuka, w której wydaje się, że wszystkie chwyty są dozwolone, ma on tendencje do dewaluowania się. Dlatego woli on mówić nie o "performance"a o "performare". Wyróżniając tym samym to, co sam uprawia.

W nawiązaniu do tych wypowiedzi powiem rzecz następującą z własnego życia: Jeśli chodzi o moją żonę to jeszcze nigdy nie miała ona okazji obejrzeć mojego wystąpienia (słyszała o nim jedynie z opowiadania naszego wspólnego przyjaciela). Poniekąd zdaje ona sobie sprawę z tego, że - jak to kiedyś określiłem na taśmie - "uprawiam kult 'S' w tajemnicy przed żoną".. Dlatego, aby się nieco zdystansować do tego, co robię określiła to nie jako "performance" lecz jako, w podtekście nieco ironicznie brzmiący, "performel". Przyznaję, że brzmi to dla mnie interesująco w kontekście wspomnianego wyżej "performare". Po namyśle stwierdziłem, że odtąd nie uprawiam już performancu a performel. Zresztą zabawne brzmienie tego terminu - żony ośmieszenie, nasunęło mi natychmiast równie zabawny tytuł z wyraźnym podtekstem rodzinno-erotycznym. A mianowicie: "Ele, Ele, nutki gospodarz malutki ( performel wiosenny)". Pomysł ten nie bierze się jedynie z tego sarkastycznego pomniejszenia znaczenia performance na performel, ale i z moich wcześniejszych wystąpień jak np. "Mam chusteczkę haftowaną...Teoria incydentu w 24-ech obrazkach z pracowni." Będącego z grubsza na temat rodzaju i walki płci. By to zobrazować, nawiązując do mojej domowej sytuacji, występowałem w kostiumie składającym się z zielonego fartuszka do mycia naczyń na goły tors, podczas gdy na nogach miałem solidne męskie buty tzw. Glany. Z kolei na głowie miałem chusteczkę zaś na szyi i przegubie lewej ręki ozdobnie zawiązane sznurówki...

podczas wykonywania piosenki mam chusteczke haftowaną

...bo wspomniane obrazki z pracowni

Cytat z taśmy audio na żywo:
"Jest taki kąt w pokoju, w którym pracuję znajdujący się pomiędzy szafą biblioteczną a ścianą. Pomyślałem sobie: jak nadać mu pewien sens, jak pokazać ten kąt...Gdyż, prawdę mówiąc, jest to kąt bardzo ciekawy, w którym - w pewnym sensie nie przypadkowo -znalazło się parę przedmiotów.

Mianowicie, do tego kąta schowałem, przed nie pożądanym okiem przypadkowego gościa, parę swoich słoików przygotowywanych pod kątem scenariusza nazwanego przeze mnie "Referat o pustce". Otóż były to słoiki, które wcześniej fotografowałem, w których bądź to znajdowały się jakieś przedmioty (choćby, jednym z nich były dewocyjne obrazki zwinięte w rulon - było ich tam kilka - wrzuconych do środka, do pustego słoika. Uprzednio oczywiście starannie umytego oraz zakręconego białą nakrętką. Znajdował się tam też tajemniczy mały słoik, na którym naklejony był napis, "wyznania chaotycznego umysłu". Był tam też rulon, na którym był napis, "moje szamańskie notesy" no i tym podobne rzeczy.

Otóż, żeby jakoś ukryć te przedmioty przed, jak już wspomniałem, niepożądanym okiem, postanowiłem włożyć je właśnie w ten kąt. Dodatkowo zakryłem je czasopismem Paris Passion, na którym na okładce w kolorze sinogranatowym była twarz pięknej dziewczyny.

I tak, jakiś czas/właściwie/ten kąt pozostał w ten sposób przeze mnie zaaranżowany, gdy pewnego dnia jakby odkryłem go na nowo.

Właśnie ten fakt ukrycia...Wydawało mi się to prawie jak traktat o duszy/swego rodzaju traktat o duszy/. Zacząłem zastanawiać się, w jaki sposób mógłbym ten kąt pokazać? Najprostsza sprawa, jaką mogłem zrobić to seria zdjęć na zasadzie dowodu rzeczowego. Tak też uczyniłem. Właściwie mógłbym pokazać go w jego dosłowności. To znaczy przenieść go w tej formie czy w zbliżonej w swój scenariusz przestrzenny...."

Zachowuję całą surowość tej wypowiedzi nagranej spontanicznie by podkreślić jej nie literacki a performansowy charakter, w którym manifestuje się nastrój chwili - coś na kształt dowodu rzeczowego raz jeszcze.

Urwi/S/

Performansowa formuła "uprawiam kult 'S' w tajemnicy przed żoną" zrobiła pewne wrażenie na jednej z moich koleżanek. W istocie można się tu wiele domyślać. Funkcjonuje ona jednak w określonym kontekście z przeszłości, kiedy to w ramach performansu "Emituję" niejako wywołałem demona sztuki Monsieur Duchamp - w końcu burzyciela i twórcy anty sztuki. Lecz także wielkiego ironisty, którego działalność artystyczna przeplatała się z życiem prywatnym tak bardzo naznaczonym obecnością muz. Czego ukoronowaniem było ostatnie tajemnicze dzieło, w którym podglądamy przez otwór w drzwiach nagą kobietę leżącą w krzakach z rozłożonymi nogami. Dzieło, nad którym pracował w samotności przez wiele lat będącego zarazem prztyczkiem w nos zimnych konceptualistów. Tak, więc mój kult "S" jest swego rodzaju doraźnym autoportretem duchampowskim aczkolwiek luźno rozumianym tak jak moje egzorcyzmowanie (patrz ilustracje podpisujące tekst) podczas wspomnianego wystąpienia. W związku z tym "S" z dużej litery odnosi się do paru bliskich mi w końcu tropów. Zatem, zarówno do pierwszej litery mojego nazwiska, do /s/ztuki, do /s/ocjologii jak i do /S/zatana(w związku z demonizmem Duchampa), choć w tym przypadku bardziej w wydaniu legendarnego "/S/zatana z siódmej klasy". Innymi słowy takiego dobrotliwie złośliwego dżinna, który wymknął się z butelki w nawiązaniu do duchampowkiej suszarki do butelek bądź z któregoś z moich legendarnych słoików. Lub... urwisa zwyczajnie, który siedzi w duszy artysty.

I czyż artysta powinien się żenić?